Sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybiera Sejm, a kandydatów na te stanowiska zgłaszają posłowie. Konstytucja mówi o tym wprost: piętnastu sędziów wybieranych indywidualnie przez izbę na dziewięcioletnią kadencję. W praktyce oznacza to, że o obsadzie organu, którego jedynym zadaniem jest pilnowanie, by ustawy uchwalane przez większość parlamentarną nie łamały ustawy zasadniczej, decyduje ta sama większość parlamentarna. Do tego czynny polityk może kandydować bez jakiejkolwiek przerwy, więc droga z ław sejmowych do fotela sędziego bywa krótka i prosta. Partia Razem od 2016 roku proponuje, żeby ten tryb zmienić u samego źródła: kandydatów na sędziów miałoby zgłaszać środowisko akademickie i prawnicze, a nie posłowie, a polityków obejmowałaby pięcioletnia karencja, zanim mogliby w ogóle ubiegać się o miejsce w Trybunale.
Kto dziś wybiera sędziów i dlaczego to problem
Zapisany w art. 194 Konstytucji mechanizm jest z pozoru prosty: Trybunał liczy piętnastu sędziów, każdego z osobna wybiera Sejm na dziewięć lat, spośród prawników wyróżniających się wiedzą. Diabeł tkwi w tym, czego przepis nie doprecyzowuje. Kandydatów zgłasza wąska grupa posłów, wybór zapada zwykłą większością głosów, a żaden przepis nie każe kandydatowi odczekać po zakończeniu kariery politycznej. Cała procedura toczy się więc wewnątrz parlamentu i jest rozstrzygana jego arytmetyką — tą samą, którą Trybunał ma następnie kontrolować.
Skutek widać w składzie. Historycznie miejsca w Trybunale zajmowali głównie profesorowie prawa bez politycznego życiorysu, ale z czasem zaczęły się tam pojawiać nominacje o rodowodzie partyjnym; „Dziennik Gazeta Prawna" opisuje ten dryf jako proces, w którym poparcie polityczne stopniowo stawało się przepustką do Trybunału obok — a niekiedy zamiast — dorobku naukowego. Najgłośniejsza ilustracja pochodzi z listopada 2019 roku, gdy Sejm wybrał do Trybunału Krystynę Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza, dwoje niedawnych polityków rządzącej partii, zgłoszonych przez jej klub; oboje trafili na fotele sędziowskie wprost z aktywnej polityki. Nie jest to przypadłość jednego obozu — regulacja, która na to pozwala, działała tak samo, ilekroć większość akurat miała głosy. Problemem nie są nazwiska, lecz reguła, która czyni takie przejścia legalnymi i rutynowymi.
Ta reguła ma konkretną cenę i płaci ją zaufanie do instytucji. W sondażu CBOS dla „DGP" z 13–15 kwietnia 2026 roku brak zaufania do Trybunału zadeklarowało 55,7 procent badanych, a zaufanie tylko 30,7 procent. Co istotne dla oceny, czy to spór czysto partyjny: nieufność sięgała blisko sześćdziesięciu procent wśród osób o poglądach lewicowych i centrowych oraz 52,5 procent wśród wyborców prawicy, a w największych miastach dochodziła do 61,9 procent. Kiedy sąd konstytucyjny traci wiarygodność u obu stron sceny politycznej naraz, przestaje pełnić swoją funkcję — bo jego rola polega właśnie na tym, że jego rozstrzygnięcia uznają także ci, którzy przegrali. Organ, o którego składzie decyduje bieżąca większość, trudno przekonująco przedstawiać jako bezstronnego arbitra tej większości.
Na czym polega konflikt interesów w samym trybie
Sedno problemu leży w tym, że wybierający i kontrolowany to w istocie ten sam podmiot. Większość parlamentarna uchwala ustawy i ta sama większość obsadza organ, który ma orzekać, czy owe ustawy mieszczą się w granicach konstytucji. Dopóki kandydatów zgłaszają posłowie, a wybór zależy od układu sił w Sejmie, dopóty sędzia — nawet nienagannie uczciwy — startuje z obciążeniem, którego sam nie wywołał: został wskazany przez tę stronę sporu, którą będzie później oceniał. Nie chodzi o podejrzenie o zła wiarę konkretnej osoby, lecz o systemowe wbudowanie w procedurę zależności, której czystym charakterem nie da się rozbroić.
Możliwość kandydowania przez czynnych polityków dokłada do tego drugie dno, znane z innych zakątków życia publicznego jako konflikt interesów w wersji przejścia między rolami. Poseł, który liczy na to, że za kilka lat głosami swojego klubu trafi do Trybunału, ma racjonalny powód, by w bieżących głosowaniach nie wychylać się ponad linię partii; a partia, która może obsadzić Trybunał zaufanymi ludźmi, zyskuje narzędzie osłabiające kontrolę własnych ustaw. To ten sam mechanizm, który w przypadku wysokich urzędników opisujemy jako drzwi obrotowe — przepływ ludzi między ośrodkiem władzy a instytucją, która ma tę władzę kontrolować, obliczony na to, że zależności i lojalności nie znikają wraz ze zmianą wizytówki. Odpowiedzią na drzwi obrotowe jest karencja i tym samym narzędziem można domknąć drogę z Sejmu do Trybunału.
Co proponuje Razem
Partia Razem sformułowała propozycję zmiany trybu wyboru już w kwietniu 2016 roku, w stanowisku Rady Krajowej poświęconym kryzysowi wokół Trybunału. Diagnoza była wtedy prosta i pozostaje aktualna niezależnie od tego, kto akurat rządzi:
Wywieraniu politycznej presji na Trybunał sprzyja niestety obecny tryb wyboru sędziów, umożliwiający parlamentarzystom zgłaszanie kandydatów, a czynnym politykom kandydowanie. Taki model nie daje wystarczających gwarancji politycznej niezależności i umożliwia bezpośrednie przechodzenie z ław Sejmu do Trybunału. Razem proponuje, by kandydaci na sędziów byli zgłaszani nie przez posłów, a przez środowisko akademickie i prawnicze. Uważamy za zasadne, by odebrać prawo do kandydowania politykom, w okresie 5 lat po zakończeniu pełnienia funkcji publicznych.— Stanowisko Rady Krajowej Partii Razem z 16 kwietnia 2016 r. ws. kryzysu wokół Trybunału Konstytucyjnego, partiarazem.pl
Z tego stanowiska wynikają dwa konkretne postulaty, oba dotyczące wyłącznie tego, jak sędzia trafia do Trybunału:
- Prawo zgłaszania kandydatów przechodzi z posłów na środowisko akademickie i prawnicze. Kandydatów wskazywałyby wydziały prawa, samorządy zawodowe i inne gremia prawnicze, a nie kluby poselskie. Sam wybór pozostaje w rękach Sejmu, ale izba głosuje nad nazwiskami wyłonionymi poza bieżącą arytmetyką koalicji i opozycji, co zrywa najkrótszą nić między układem sił a obsadą.
- Pięcioletnia karencja dla polityków. Osoba pełniąca funkcję publiczną nie mogłaby kandydować do Trybunału przez pięć lat od jej zakończenia. Ten sam instrument, który odgradza byłego ministra od posady w regulowanej branży, odgradzałby posła od fotela sędziego konstytucyjnego, gwarantując, że między polityczną kadencją a orzekaniem o zgodności ustaw z konstytucją mija realny dystans.
Warto zaznaczyć, czego w tej propozycji nie ma. Nie chodzi o podporządkowanie Trybunału komukolwiek ani o ograniczenie jego kompetencji orzeczniczych — przeciwnie, celem jest wzmocnienie jego niezależności przez odcięcie sędziów od bieżącej polityki jeszcze na etapie ich wyłaniania. Deklaracja programowa z 2025 roku nie porusza kwestii Trybunału, więc jest to stanowisko o charakterze trwałej zasady ustrojowej, sformułowanej przez Radę Krajową w 2016 roku i niezależnej od tego, która strona akurat korzystałaby na obecnym trybie. Uczciwej polityki nie da się zbudować, dopóki sądy, które mają kontrolować władzę, są obsadzane przez tę samą władzę — a najprostszą drogą do przecięcia tej zależności jest odebranie politykom prawa zgłaszania kandydatów i postawienie między polityką a Trybunałem pięcioletniej ściany karencji.
Źródła i dalsza lektura
- Stanowisko Rady Krajowej Partii Razem z 16 kwietnia 2016 r. ws. kryzysu wokół Trybunału Konstytucyjnego
- Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej z 2 kwietnia 1997 r., art. 194 (Dz.U. 1997 nr 78 poz. 483)
- CBOS dla „Dziennika Gazety Prawnej" — sondaż o zaufaniu do Trybunału Konstytucyjnego (kwiecień 2024)
- „Dziennik Gazeta Prawna" — jak zmieniał się skład Trybunału Konstytucyjnego
- Prawo.pl — Sejm wybrał Pawłowicz, Piotrowicza i Stelinę na sędziów TK (listopad 2019)
- Drzwi obrotowe: dlaczego karencja chroni państwo przed konfliktem interesów
