Odpartyjnić instytucje kultury: jawne konkursy na dyrektorów teatrów i muzeów

O tym, kto pokieruje teatrem, muzeum czy domem kultury, wciąż zbyt często decyduje układ polityczny na danym szczeblu władzy, a nie kompetencje kandydata. Prawo dopuszcza obsadę dyrektora bez konkursu, a nawet tam, gdzie konkurs się odbywa, w komisji przeważają głosy urzędu. Partia Razem od stanowiska Rady Krajowej z 2017 roku domaga się, by konkursy rozstrzygały jawne komisje złożone z ludzi sektora kultury, a ich decyzje były wiążące dla władz.

Bogato zdobione wnętrze zabytkowego teatru operowego z widownią, lożami i sceną.

Dyrektora teatru, muzeum czy domu kultury powinien wyłaniać jawny konkurs, w którym o wyniku przesądzają ludzie znający się na rzeczy — reżyserzy, kuratorki, pracownicy sceny, przedstawiciele środowiska — a nie urzędnicy delegowani przez rządzącą akurat opcję. Partia Razem stawia tę zasadę od stanowiska Rady Krajowej z maja 2017 roku: komisje konkursowe mają być złożone z osób aktywnie działających w sektorze kultury, mają rozstrzygać według wcześniej opracowanych kryteriów, a ich rozstrzygnięcie ma wiązać władze publiczne, zamiast być dla nich niezobowiązującą opinią. Chodzi o odpartyjnienie instytucji — odcięcie ich od logiki, w której stanowisko dyrektorskie traktuje się jak łup należny zwycięzcy wyborów, gminnych, wojewódzkich czy krajowych. To jeden z wątków szerszego problemu, który opisujemy w cyklu o konflikcie interesów w państwie: publiczne stanowisko obsadzane pod partyjny klucz zamiast według kompetencji.

Konkurs, który wolno ominąć

Polskie prawo formalnie przewiduje konkurs, ale zostawia w nim furtkę. Zgodnie z ustawą z 1991 roku o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej dyrektora instytucji kultury powołuje organizator — czyli właściwy samorząd albo ministerstwo — i co do zasady robi to po przeprowadzeniu konkursu (art. 15 i 16). Kłopot w tym, że dla większości instytucji konkurs jest fakultatywny: organizator może powołać dyrektora bez konkursu, zasięgnąwszy jedynie opinii związków zawodowych i organizacji twórczych, która nie jest dla niego wiążąca. Obowiązek konkursu dotyczy tylko instytucji wpisanych na ministerialny wykaz — i nawet tam minister właściwy do spraw kultury może wyrazić zgodę na powołanie dyrektora bez konkursu, na wniosek organizatora, jeśli ten uzasadni, dlaczego woli ominąć procedurę.

W praktyce oznacza to, że władza, która chce obsadzić instytucję „swoim” człowiekiem, ma do dyspozycji legalną ścieżkę: powołanie bez konkursu tam, gdzie konkurs nie jest wymagany, albo wniosek do ministra o zgodę na jego pominięcie tam, gdzie jest. Rzecznik Praw Obywatelskich wielokrotnie zwracał uwagę, że przepisy o kwalifikacjach kandydatów i o trybie konkursowym są na tyle miękkie, że nie chronią przed obsadą uznaniową. Efekt jest taki, że o kierowaniu instytucją utrzymywaną z publicznych pieniędzy nierzadko decyduje nie publiczna debata o tym, jak ta instytucja ma działać, lecz kalkulacja polityczna organizatora.

Kiedy komisja jest tylko formalnością

Nawet odbyty konkurs nie gwarantuje niezależności rozstrzygnięcia, bo o wyniku decyduje skład komisji — a w nim głosy delegowane przez urząd potrafią przeważyć nad głosami środowiska. Pokazał to konkurs w Narodowym Starym Teatrze im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie w 2017 roku, którym zajęła się Rada Krajowa Razem. Po zakończeniu kadencji Jana Klaty do konkursu stanęło siedmiu kandydatów; w komisji zasiedli przedstawiciele Ministerstwa Kultury, wiceprezes Związku Artystów Scen Polskich i dwóch reprezentantów związków zawodowych z teatru. Głosami przedstawicieli ministerstwa dyrektorem narodowej sceny został Marek Mikos, były dyrektor TVP Kielce — podczas gdy związkowcy z teatru głosowali za pozostaniem Klaty. Rozjazd między wyborem urzędu a wolą ludzi pracujących w instytucji obnażył, po czyjej stronie leży w takim układzie realna decyzja.

Rok wcześniej podobny mechanizm zadziałał we Wrocławiu. W sierpniu 2016 roku komisja konkursowa wybrała na dyrektora Teatru Polskiego aktora Cezarego Morawskiego — stosunkiem sześciu głosów do trzech, przy głosach przedstawicieli ministerstwa i urzędu marszałkowskiego przeciw części środowiska. Zespół teatru oraz reżyserzy tej miary co Krystian Lupa uznali konkurs za ustawiony i miesiącami protestowali. Sprawa miała drugie dno: jak przypomniało OKO.press, sąd uznał Morawskiego winnym nieumyślnego narażenia ZASP na straty w czasie, gdy był jego skarbnikiem, choć odstąpił od wymierzenia kary i warunkowo umorzył postępowanie — chodziło o ryzykowny zakup obligacji upadającej Stoczni Szczecińskiej, na którym związek stracił ponad dziewięć milionów złotych. Człowiek z taką przeszłością stanął na czele instytucji, w której dyrektor odpowiada właśnie za finanse.

To, co działo się w Teatrze Polskim później, opisała Najwyższa Izba Kontroli. W raporcie z kontroli „Działalność samorządowych instytucji kultury”, obejmującej lata 2015–2017, NIK skontrolowała trzy urzędy marszałkowskie, trzy urzędy miast oraz dwanaście instytucji — sześć teatrów i sześć muzeów — a dane ankietowe zebrała z ponad dwustu kolejnych. We wrocławskim teatrze Izba stwierdziła między innymi nielegalne finansowanie z jego środków kosztów wynajmu mieszkania dla dyrektora i zawiadomiła prokuraturę oraz rzecznika dyscypliny finansów publicznych. Przy okazji NIK wytknęła słabość samej procedury konkursowej: członkowie komisji nie zawsze składali oświadczenia o braku powiązań z kandydatami, a regulaminy konkursów wcale takich oświadczeń nie wymagały — mimo że bezstronność komisji jest warunkiem uczciwości całego postępowania.

Kontrola NIK objęła próbę instytucji z trzech województw i sześciu miast, nie wszystkie samorządowe instytucje kultury w Polsce. Jej ustalenia pokazują skalę i typ nieprawidłowości tam, gdzie kontrolerzy weszli, i nie należy ich czytać jako pełnej statystyki krajowej.

Nadużycia nie mają jednej barwy partyjnej i to jest w tej diagnozie kluczowe. Stanowisko Rady Krajowej z 2017 roku obok kontrowersji wokół konkursów rozstrzyganych za rządów Prawa i Sprawiedliwości przypominało też decyzję ówczesnej administracji Hanny Gronkiewicz-Waltz, która przez połączenie Teatru na Woli z Teatrem Dramatycznym w praktyce zlikwidowała ten pierwszy wbrew woli pracowników i opinii publicznej. Do zawłaszczania instytucji dochodzi niezależnie od tego, kto akurat rządzi na danym szczeblu — gminnym, wojewódzkim czy centralnym — bo źródłem problemu jest samo traktowanie kultury jak wyłącznej własności władzy, a nie dobra wspólnego.

Co proponuje Razem

Recepta sformułowana w stanowisku Rady Krajowej jest konkretna i dotyczy tego, kto i jak podejmuje decyzję o obsadzie:

Postulujemy, by konkursy były rozstrzygane „przez komisje złożone z osób aktywnie działających w sektorze kultury, w oparciu o opracowane przez nie wcześniej kryteria”, a podejmowane przez nie decyzje były wiążące dla odpowiednich władz publicznych.— Stanowisko Rady Krajowej Partii Razem z 24 maja 2017 r. ws. konkursu na dyrektora Teatru Starego w Krakowie oraz upartyjnienia polskiej kultury, partiarazem.pl

Z tej zasady wynika kilka twardych postulatów:

  • Jawność prac komisji konkursowych — przebieg konkursu, kryteria oceny i uzasadnienie wyboru są publiczne, tak by każdy mógł prześledzić, dlaczego wygrał ten, a nie inny kandydat.
  • Komisje z ludzi sektora, nie z delegatów urzędu — o wyniku przesądzają osoby aktywnie działające w kulturze, oceniające według kryteriów opracowanych wcześniej, a nie doraźnie pod z góry upatrzonego zwycięzcę.
  • Decyzja komisji wiążąca dla władz — rozstrzygnięcie konkursu przestaje być niezobowiązującą opinią, którą organizator może zignorować; staje się podstawą powołania.
  • Konsultacje z pracownikami i publiczna debata — przy instytucjach wojewódzkich i narodowych wybór poprzedza rozmowa z zespołem oraz szersza dyskusja o tym, jak instytucja ma działać.
  • Oświadczenia o bezstronności jako standard — członkowie komisji obowiązkowo deklarują brak powiązań z kandydatami, czego, jak pokazała NIK, regulaminy dotąd nie wymagały.

Chodzi o to, by dyrektor instytucji kultury czerpał swój mandat z jawnej, merytorycznej procedury, a nie z przychylności urzędu, i by dzięki temu miał przestrzeń do artystycznych poszukiwań bez oglądania się na kaprys władzy. Ustawiane konkursy i niejasne procedury osłabiają ten mandat, uderzają w wiarygodność samej instytucji i w atmosferę pracy — a płacą za to widzowie i pracownicy, nie politycy, którzy obsadę rozgrywali.

Kultura wolna od nadzoru bieżącej władzy to wątek, który rozwijamy w serwisie o wolności i równości: tam instytucje publiczne opisujemy jako przestrzeń wspólną, a nie narzędzie w rękach rządzącej opcji. Odpartyjnienie konkursów na dyrektorów jest praktycznym punktem zaczepienia dla tej idei: reguła obsady, którą trudno nagiąć pod partyjny interes.

Źródła i dalsza lektura