Ewidencja kilometrówek: jak państwo rozlicza transport władzy

W 2025 roku posłowie rozliczyli 12,3 miliona złotych kilometrówek na podstawie własnych oświadczeń, bez faktur i bez sprawdzenia tras. Ten sam mechanizm „wierzymy na słowo” wraca w przetargach urzędów na luksusowe auta reprezentacyjne. Razem chce wprowadzić ewidencję kilometrówek — dokumentowanie przejazdów, a nie deklarację.

Czarna limuzyna reprezentacyjna (Cadillac DeVille) widziana od tyłu.

Kilometrówka to ryczałt, który poseł dostaje z budżetu na dojazdy prywatnym samochodem po okręgu. W 2025 roku parlamentarzyści rozliczyli w ten sposób ponad 12,3 miliona złotych, średnio około 36 tysięcy na posła, a wypłacano im te pieniądze na podstawie samego oświadczenia o liczbie przejechanych kilometrów — bez faktur, paragonów czy wskazania trasy. Partia Razem chce ten sposób rozliczania zmienić u podstaw: wprowadzić ewidencję kilometrówek, czyli dokumentowanie rzeczywistych przejazdów, tak by publiczny pieniądz dało się powiązać z konkretną trasą i celem. Ta sama zasada „płacimy, nie pytając o rachunek” rządzi zresztą znacznie droższą pozycją — flotą reprezentacyjną urzędów, na którą centralne instytucje i samorządy wynajmują auta warte fortunę.

Dwanaście milionów rozliczanych na oświadczenie

Sama refundacja dojazdów ma sens. Poseł pracuje w dwóch miejscach naraz — w Warszawie i w okręgu — i nie powinien pokrywać kursowania między nimi z własnej kieszeni. Problem leży nie w istnieniu zwrotu, tylko w tym, jak się go przyznaje. Do końca 2025 roku poseł mógł rozliczyć nawet 3,5 tysiąca kilometrów miesięcznie, co dawało do około 48 tysięcy złotych rocznie, a jedynym dokumentem wymaganym do wypłaty było jego własne oświadczenie. Na maksymalnym pułapie w statystyce za 2025 rok stanęło grono posłów, którzy rozliczyli po 48,3 tysiąca złotych za deklarowane 42 tysiące przejechanych kilometrów — wśród nich Piotr Kandyba z Koalicji Obywatelskiej — tyle, ile przeciętny kierowca pokonuje przez trzy lata.

Mechanizm opisać można krótko: pieniądze wypłaca się na podstawie deklaracji posła, która nie jest w żaden sposób weryfikowana. Nikt nie sprawdza, czy zadeklarowane kilometry rzeczywiście zostały przejechane, w jakim celu ani czy samochód w ogóle wyjechał z garażu. System zbudowano na zaufaniu, które przy publicznych pieniądzach jest luksusem trudnym do obrony przed wyborcą płacącym podatki z każdej pensji.

Od stycznia 2026 roku marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty przykręcił śrubę: limit dla jazd w okręgu spadł do 1,5 tysiąca kilometrów miesięcznie, czyli do około 20,7 tysiąca złotych rocznie, a wyjazdy poza okręg trzeba od tej pory rejestrować — z datą, trasą i liczbą kilometrów. To krok w dobrą stronę, ale połowiczny. Obcięcie limitu zmniejsza kwotę, nie zmienia jednak reguły przyznawania: nawet po reformie posłowie nie mają obowiązku przedstawiania faktur ani paragonów, a rozliczenie w części lokalnej wciąż opiera się na samej deklaracji. Oszczędność to jedno, sprawdzalność to drugie — i dopiero ta druga odpowiada na pytanie, za co dokładnie płaci budżet. Prawo do bezpłatnych podróży służbowych gwarantuje posłom ustawa o wykonywaniu mandatu posła i senatora; ewidencja niczego z tego prawa nie odbiera, zmienia jedynie to, że korzystanie z niego zostawia ślad.

Flota reprezentacyjna: przetargi pisane pod konkretne auto

Kilometrówki są najbardziej rozproszoną częścią transportowego przywileju władzy, ale nie najdroższą sztuką z osobna. Grubszy pieniądz idzie na floty reprezentacyjne — auta, którymi wożą się kierownictwa urzędów centralnych i samorządów, coraz częściej brane w długoterminowy najem zamiast kupowane. Skalę zamówień widać, gdy państwo próbuje kupować hurtem: w 2022 roku Centrum Obsługi Administracji Rządowej ogłosiło przetarg na ponad 300 samochodów dla 36 urzędów, podzielony na 34 kategorie — od małych hatchbacków przez SUV-y po limuzyny i minibusy. Zamówienie było tak rozdęte i drobiazgowe, że nie znalazł się dostawca gotowy je zrealizować, i przetarg upadł — sama jego treść mówi jednak sporo o apetytach.

Osobna kategoria to pojazdy dobierane pod z góry upatrzony, luksusowy model. Narodowy Bank Polski ogłosił swego czasu przetarg na 38 aut, w tym reprezentacyjnego SUV-a o mocy co najmniej 330 koni mechanicznych, z dieslem od 2,5 do 3 litrów, siedmioma miejscami i panoramicznym dachem — parametry na tyle wąskie, że w praktyce wskazywały jeden pojazd z górnej półki. Tego rodzaju specyfikacja jest sednem problemu: kryteria techniczne pisze się tak, by przeszedł przez nie tylko drogi samochód, który komuś wpadł w oko, a formalnie i tak można mówić o „otwartym przetargu”.

Ten sam schemat wypłynął w 2026 roku w Kujawsko-Pomorskiem. Urząd marszałkowski zaplanował 700 tysięcy złotych rocznie na najem luksusowych aut, a wśród kryteriów znalazł się SUV z napędem 4×4 i silnikiem o mocy minimum 280 koni mechanicznych — parametry, które rzecznik Razem Mateusz Merta wprost powiązał z jednym modelem. Posłowie Razem, w tym Adrian Zandberg, zapowiedzieli w tej sprawie zapytanie i interpelację poselską, pytając o uzasadnienie takich potrzeb u marszałka województwa. To była kontrola poselska, a nie punkt programu, ale ilustruje mechanizm łączący floty z kilometrówkami: wydatek łatwo obronić „potrzebą urzędu”, dopóki nikt nie zażąda rachunku i nie zapyta, komu i po co służy 280 koni mechanicznych w samochodzie rozwożącym urzędnika po województwie, w którym do części miast od lat nie dojeżdża kolej.

Dane poglądowe. Parametry i wartości przetargów pochodzą z ogłoszeń oraz doniesień medialnych z chwili ich publikacji; część zamówień (jak hurtowy przetarg administracji rządowej z 2022 roku) nie doszła do skutku. Kwoty kilometrówek to sumy ze sprawozdań rocznych — konkretne rozliczenie zależy od stawki (0,89 lub 1,15 zł za kilometr, w zależności od pojemności silnika) i liczby zadeklarowanych kilometrów.

Co proponuje Razem

Deklaracja programowa Partii Razem z 2025 roku wpisuje ewidencję kilometrówek wprost w rozdział o uczciwej polityce, w punkcie o ukróceniu nieuczciwych praktyk parlamentarzystów:

Ukrócimy nieuczciwe praktyki parlamentarzystów. Wprowadzimy ewidencję kilometrówek. Ograniczymy loty krajowe parlamentarzystów na koszt państwa do tras, których nie da się pokonać w mniej niż trzy godziny koleją.— Deklaracja programowa Partii Razem (2025), rozdz. „Uczciwa polityka”, pkt 2, partiarazem.pl

Sednem tego zapisu jest zmiana dowodowa, nie oszczędnościowa. Ewidencja oznacza, że zwrot za dojazd autem przestaje przysługiwać na samo słowo, a wiąże się z udokumentowaną trasą i celem — publiczny pieniądz zyskuje ślad, który da się sprawdzić. Prawo do refundacji zostaje nietknięte; poseł nadal dojedzie tam, gdzie musi. Zmienia się tylko to, że korzystanie z niego wychodzi z domeny zaufania i wchodzi w domenę rozliczenia. Reforma limitów z 2026 roku poszła w tę stronę połowicznie, wprowadzając rejestrację wyjazdów poza okręg, ale zostawiając jazdy lokalne przy deklaracji — pełna ewidencja domyka tę lukę.

Od kilometrówek prowadzi prosta droga do floty reprezentacyjnej, bo w obu wypadkach chodzi o pytanie, które w tekście programowym stoi na początku rozdziału: czy przywilej opłacany ze wspólnej kasy ma uzasadnienie, którego da się bronić przed wyborcą. Sprawa mieści się w szerszym wątku, który prowadzimy w hubie odchudzić klasę polityczną — o kosztach, jakie klasa polityczna nakłada na publiczny budżet mocą samej wygody. Na to składają się dwa konkrety:

  • Ewidencja kilometrówek zamiast oświadczenia. Dojazdy prywatnym autem rozliczane na podstawie udokumentowanej trasy i celu, a nie deklarowanej liczby kilometrów, której nikt nie sprawdza. Kwota może zostać, jaka jest — liczy się to, że każdy wypłacony złoty da się powiązać z realnym przejazdem.
  • Ograniczenie lotów krajowych na koszt państwa tam, gdzie kolej dowozi pasażera w mniej niż trzy godziny. Ten drugi filar punktu 2 rozwijamy osobno, na konkretnych trasach i kwotach, w tekście o lotach krajowych posłów.

Przywilej transportowy władzy nie jest największą pozycją budżetu i nie o wywrócenie finansów państwa tu chodzi. Chodzi o to, że akurat na takich wydatkach — luksusowym SUV-ie w urzędzie, kilometrach rozliczanych na słowo — osypuje się zaufanie do tego, że rządzący traktują wspólny pieniądz poważnie. Kto sam wozi się autem dobranym pod własny gust za publiczne 700 tysięcy rocznie, ten trudno przekona kogokolwiek do oszczędności gdzie indziej.

Skąd wziąć kolej i transport zbiorowy na tyle sprawne, by żaden dojazd „w interesie urzędu” nie wymagał już limuzyny z 280 koniami? To pytanie — i spór o loty urzędników zamiast połączeń kolejowych — rozwijamy w siostrzanym serwisie Razem dla transportu. Transport na koszt publiczny ma służyć funkcji, a prestiż funkcją nie jest.

Źródła i dalsza lektura