Cisza wyborcza: dlaczego Razem broni ostatniej doby bez spotów i sondaży

Na dobę przed głosowaniem milkną spoty, sondaże i billboardy — zostaje wyborca sam ze swoją decyzją. Co jakiś czas wraca pomysł, żeby tę ciszę znieść i pozwolić agitować do ostatniej chwili. Razem broni jej jako ostatniego momentu kampanii, którego nie da się wykupić za pieniądze na reklamę.

Pusta ulica miasta wczesnym rankiem, bez przechodniów i reklam wyborczych.

Na dobę przed głosowaniem prawo nakazuje wyłączyć kampanię: znikają spoty, milkną sondaże, nie wolno rozklejać plakatów ani zwoływać wieców. Ta przerwa — cisza wyborcza — to jedyny moment całej kampanii, w którym wyborca zostaje sam ze swoją decyzją, bez ostatniego apelu ze sztabu, który akurat wykupił najwięcej czasu antenowego. Co jakiś czas wraca pomysł, żeby ciszę skrócić albo znieść w imię wolności debaty. Partia Razem stoi po stronie jej obrony i robi to od dawna: kiedy w 2016 roku zniesienie ciszy pojawiło się w pakiecie ustaw firmowanym przez .Nowoczesną, Rada Krajowa Razem uznała to za oddanie ostatniego skrawka kampanii, którego nie da się kupić za budżet reklamowy, w ręce tych, których na taki budżet stać.

Cisza wyborcza jest jednym z niewielu miejsc, w których wynik nie zależy od grubości portfela sztabu — szerzej o tym w temacie o pieniądzach w polityce.

Co dokładnie milknie i na jak długo

Cisza wyborcza ma rangę ustawową i własne sankcje. Artykuł 107 Kodeksu wyborczego zakazuje prowadzenia agitacji wyborczej w dniu głosowania oraz na dobę przed nim — od północy poprzedzającej dzień wyborów aż do zakończenia głosowania (Kodeks wyborczy, ustawa z 5 stycznia 2011 r., akt obowiązujący). Pod pojęcie zakazanej agitacji podpada wtedy zwoływanie zgromadzeń, organizowanie pochodów i manifestacji, wygłaszanie przemówień i rozdawanie materiałów wyborczych, a także wszelka reklama w mediach i w internecie. Osobno zakazane jest podawanie do publicznej wiadomości wyników sondaży dotyczących przewidywanych zachowań wyborczych — czyli tego strumienia „kto wygra", który w ostatniej dobie potrafi ważyć więcej niż programy.

Prawo traktuje te dwa naruszenia bardzo różną miarą, co samo w sobie coś mówi o tym, czego ustawodawca się obawia. Prowadzenie agitacji w czasie ciszy jest wykroczeniem zagrożonym grzywną od 20 do 5000 złotych (art. 498 Kodeksu). Publikowanie sondaży i prognozowanych wyników w tym okresie jest już przestępstwem, za które grozi grzywna sięgająca miliona złotych (art. 500) — bo to właśnie manipulacja nastrojem tuż przed urną, sugerowanie zwycięzcy albo straszenie porażką, uchodzi za najgroźniejszą formę nacisku na jeszcze niezdecydowanych. Różnica kar pokazuje, że cisza nie chroni polityków przed niewygodnymi pytaniami; chroni wyborcę przed ostatnią falą presji, na którą stać najbogatsze sztaby i największe redakcje.

Instytucja żywa, nie martwy zapis

Ktoś mógłby uznać, że w epoce mediów społecznościowych cisza jest reliktem, którego i tak nikt nie przestrzega. Praktyka pokazuje coś odwrotnego: reguła jest naruszana, ale też realnie egzekwowana, więc wciąż wyznacza granicę. Podczas wyborów prezydenckich 18 maja 2025 roku, gdy cisza obowiązywała od północy z piątku na sobotę do zamknięcia lokali o godzinie 21, policja odnotowała 202 przypadki jej naruszenia — od niszczenia plakatów, przez agitację w sieci i telefoniczne namawianie, po zrywanie i wywieszanie materiałów wyborczych (PAP, „Policja: od początku ciszy wyborczej odnotowano 202 przypadki jej naruszenia", 2025). Państwowa Komisja Wyborcza konsekwentnie przypomina przy każdej kampanii, że ocena tych naruszeń nie należy do niej, lecz do organów ścigania i sądów, i że każdy przypadek trzeba zgłaszać policji (PKW, „Właściwe w sprawach naruszenia ciszy wyborczej są organy ścigania i sądy").

Te dwie liczby — 202 zgłoszenia i milionowa górna granica kary za sondaże — mówią razem tyle, że cisza nie jest fikcją. Jest instytucją, którą część uczestników kampanii próbuje obejść dokładnie dlatego, że działa: gdyby ostatnia doba była już nafaszerowana spotami i słupkami poparcia, nikomu nie opłacałoby się ryzykować grzywny za jeszcze jeden plakat o świcie. Właśnie ta skuteczność bywa argumentem przeciwników ciszy, którzy przedstawiają ją jako cenzurę debaty. Trudno jednak nazwać cenzurą regułę, która nie zakazuje żadnej treści, a jedynie wyznacza jeden dzień w czteroletnim cyklu, w którym agitacja ma umilknąć — po to, by słowo końcowe należało do wyborcy, a nie do sztabu z najgłębszą kieszenią.

Nie polski wynalazek

Cisza wyborcza nie jest polską osobliwością, którą reszta demokratycznego świata dawno porzuciła. Międzynarodowa baza wiedzy o wyborach ACE Electoral Knowledge Network opisuje okres ciszy jako rozwiązanie stosowane w wielu krajach właśnie po to, by dać wyborcom moment na spokojny namysł, wolny od medialnego szumu (ACE Project, „Campaign silence / news blackout"). Zwykle trwa on dobę lub krócej — tak jest między innymi we Francji, Hiszpanii, Chorwacji, Słowenii, na Węgrzech czy w Bośni i Hercegowinie. Bywa też dłuższy: Indonezja stosuje trzydniowy blackout, a Estonia — kraj skądinąd chwalony za cyfryzację wyborów — dzieli kampanię na okresy i część z nich obejmuje zakazem agitacji.

Porównanie międzynarodowe odbiera głównemu zarzutowi przeciwników ciszy jego siłę. Jeśli spokojna doba przed głosowaniem byłaby archaicznym ograniczeniem wolności słowa, nie utrzymywałyby jej ugruntowane demokracje Europy Zachodniej, które trudno podejrzewać o zamiłowanie do cenzury. Polska cisza mieści się w tym samym, szeroko przyjętym standardzie: jedna doba wyłączenia agitacji, po której lokale się otwierają. Znosząc ją, Polska nie dołączyłaby do awangardy wolności, tylko oddałaby coś, co gdzie indziej uchodzi za normalny element uczciwej kampanii.

Co proponuje Razem

Stanowisko Razem najlepiej oddaje dokument, w którym po raz pierwszy stanęło ono w obronie ciszy. W styczniu 2016 roku, gdy .Nowoczesna zaproponowała w jednym pakiecie ustaw zarówno uzależnienie finansowania partii od prywatnych darowizn, jak i całkowite zniesienie ciszy, Rada Krajowa Razem przyjęła stanowisko sprzeciwu — i to sprzed niemal dekady stanowisko, a nie osobny punkt programu z 2025 roku, jest tu źródłem:

Wyborcza niedziela oraz poprzedzające ją 24 godziny to jedyny moment w okresie kampanii, kiedy media nie bombardują nas wątpliwej jakości sondażami i spotami czołowych polityków, przebranymi za wiadomości. Tymczasem partia sektora bankowego proponuje, w tym samym pakiecie ustaw, całkowite zniesienie ciszy wyborczej, czyli umożliwienie agitacji nad urną oraz oddanie w ręce medialnego establishmentu ostatniego przyczółka zdrowego życia politycznego.— Stanowisko Rady Krajowej Partii Razem ws. finansowania partii i ciszy wyborczej (2016), partiarazem.pl

Logika tego sprzeciwu jest spójna z całą linią Razem w sprawie pieniędzy w polityce. Gdy kampania rozstrzyga się budżetem na reklamę, każde przedłużenie czasu agitacji premiuje tego, kto ma więcej pieniędzy na spoty i słupki poparcia. Cisza działa w drugą stronę: wyrównuje szanse, bo w ostatniej dobie nawet najbogatszy sztab nie może dokupić sobie przewagi. Dlatego jej obrona idzie u Razem w parze z postulatami, które ograniczają rolę kapitału w kampanii — z niskim limitem wpłat i zakazem płatnych billboardów. W jednym i drugim przypadku chodzi o to samo: żeby o wyniku decydowało poparcie obywateli, a nie zasobność darczyńców. W kategoriach postulatów oznacza to:

  • utrzymanie ciszy wyborczej jako ustawowego zakazu agitacji w dniu głosowania i na dobę przed nim, wraz z zakazem publikowania sondaży w tym czasie;
  • sprzeciw wobec prób jej znoszenia lub skracania pod hasłem „wolności debaty", która w praktyce oznacza więcej płatnej agitacji dla najlepiej finansowanych sztabów;
  • traktowanie ciszy jako części szerszej reformy pieniędzy w polityce, a nie osobnego, technicznego przepisu.

To, czy ostatnia doba kampanii należy do wyborcy, czy do reklamodawcy, jest w gruncie rzeczy pytaniem o jakość całej debaty publicznej — o to, czy decyzje zapadają na podstawie argumentów, czy natężenia przekazu. Problem wraca wszędzie tam, gdzie sondaż zaczyna zastępować analizę, a nagłówek — wiedzę. Szerzej o obronie rzetelnej informacji przed szumem piszemy w Razem dla nauki. Cisza wyborcza jest małym, jednodniowym przykładem tej samej stawki: momentem, w którym hałas kampanii ma na chwilę ustąpić namysłowi.

Źródła i dalsza lektura